Rozwód bez sądu. Zalety i wady.

Elżbieta Liberda        11 kwietnia 2026        Komentarze (0)

Rozwód bez sądu coraz bliżej. Senat poparł ustawę, ale kontrowersje dopiero się zaczynają.

Senat poparł nowelizację wprowadzającą do polskiego prawa rozwody pozasądowe.

Głosowanie odbyło się 8 kwietnia 2026 r., a ustawa została przyjęta większością głosów i trafiła do dalszego etapu procesu legislacyjnego. Z przyjętej przez parlament ustawy wynika, że nowe przepisy mają wejść w życie 1 stycznia 2027 r.

Jeśli ustawa zostanie ostatecznie podpisana, część małżeństw będzie można rozwiązać nie w sądzie, lecz przed kierownikiem urzędu stanu cywilnego.

Chodzi jednak wyłącznie o małżonków, którzy nie mają wspólnych małoletnich dzieci, pozostają w związku co najmniej rok, są zgodni co do rozwodu i zgodnie potwierdzają zupełny i trwały rozkład pożycia.

Ustawa przewiduje też, że procedura nie będzie mogła ruszyć, jeśli między małżonkami toczy się już sprawa rozwodowa przed sądem.

W praktyce procedura ma być dwuetapowa.

  1. Najpierw małżonkowie składają w USC pisemne zapewnienia potwierdzające spełnienie ustawowych przesłanek.
  2. Następnie, po upływie co najmniej miesiąca, wracają, by złożyć ostateczne oświadczenia o rozwiązaniu małżeństwa. Dopiero po dołączeniu odpowiedniej wzmianki do aktu małżeństwa rozwód wywoła skutek prawny. Projekt zakłada więc formalne uproszczenie, ale nie całkowite odformalizowanie procedury.

Sama ustawa przewiduje wejście w życie dopiero od początku 2027 r., co ma dać czas na przygotowanie urzędów i systemów rejestrowych.

Zwolennicy zmian podnoszą, że to odpowiedź na realny problem.

Dziś nawet całkowicie zgodny rozwód wymaga uruchomienia pełnej procedury sądowej. Państwo angażuje sąd także tam, gdzie nie ma sporu, nie ma dzieci i nie ma potrzeby prowadzenia wielomiesięcznego postępowania dowodowego. W takim ujęciu rozwód pozasądowy ma odciążyć sądy i skrócić drogę dla tych małżonków, którzy od dawna faktycznie już nie tworzą rodziny. Taki cel wynikał również z uzasadnienia projektu rządowego i z przebiegu prac sejmowych.

Ale właśnie tu zaczyna się najpoważniejszy spór. Bo przeciwnicy ustawy mówią wprost: małżeństwo nie jest zwykłą umową cywilną, którą można rozwiązać przy biurku urzędnika. Ich zdaniem projekt zbyt łatwo przesuwa środek ciężkości z ochrony małżeństwa na wygodę proceduralną państwa. Odciążenie sądów to cel organizacyjny, ale nie powinien on automatycznie usprawiedliwiać osłabienia gwarancji, które daje postępowanie sądowe, zwłaszcza tam, gdzie jedna ze stron może działać pod presją, lękiem albo ekonomiczną zależnością.

To właśnie ten argument brzmi najmocniej: w sądzie da się lepiej wychwycić przymus, manipulację, wadę oświadczenia woli czy faktyczną nierówność stron.

Ustawa oczywiście przewiduje możliwość późniejszego unieważnienia rozwodu pozasądowego, między innymi w razie groźby, podstępu, błędu albo ujawnienia, że małżonkowie mieli wspólne małoletnie dzieci, ale to już środek następczy, a nie realna kontrola na wejściu. Innymi słowy: najpierw rozwód ma dojść do skutku, a dopiero potem ktoś będzie próbował odwracać jego skutki przed sądem.

Drugi mocny zarzut dotyczy samej konstrukcji ustawy. Powstaje bowiem bardzo wyraźna asymetria: bez dzieci — szybciej i prościej, z dziećmi — trudniej i dłużej. Z punktu widzenia legislacyjnego to logiczne, bo dobro dziecka wymaga większej ochrony. Z punktu widzenia społecznego przekaz jest jednak niebezpieczny: państwo tworzy model, w którym rozpad małżeństwa bezdzietnego staje się technicznie prostszy, szybszy i mniej angażujący. Dla krytyków to sygnał, że stabilność małżeństwa ustępuje miejsca wygodzie procedury.

Nie bez znaczenia są też wcześniejsze zastrzeżenia zgłaszane w toku prac rządowych. Z doniesień medialnych wynikało, że część resortów zwracała uwagę na ryzyko nadużyć, możliwy wpływ na sytuację demograficzną oraz konstytucyjny wymiar ochrony małżeństwa. Ostatecznie uwag tych nie uwzględniono, a ustawa przeszła przez parlament.

Trzeba też uczciwie powiedzieć jedno: ten projekt nie wprowadza „rozwodu na telefon” ani „rozwodu od ręki”. Nadal będą potrzebne osobiste wizyty, zgodne oświadczenia, miesięczny okres do namysłu, weryfikacja przesłanek i formalny wpis do aktu małżeństwa. Problem polega na czym innym. Nie w tym, że procedura jest całkowicie niekontrolowana, ale w tym, że kontrola sądowa zostaje zastąpiona kontrolą urzędową. A to nie jest drobna korekta. To zmiana filozofii prawa rodzinnego.

Dlatego ta ustawa jest znacznie ważniejsza, niż może się wydawać na pierwszy rzut oka. Nie chodzi tylko o to, czy rozwód będzie szybszy. Chodzi o to, czy państwo nadal traktuje rozwiązanie małżeństwa jako sprawę wymagającą orzeczenia sądu, czy już jako procedurę administracyjną dla zgodnych stron.

Dla jednych to potrzebne unowocześnienie systemu. Dla innych – niebezpieczne przesunięcie granicy, za którą małżeństwo przestaje być instytucją szczególnie chronioną, a zaczyna być związkiem, który można zakończyć niemal urzędowo.

Jedno jest pewne: jeśli prezydent podpisze ustawę, od 1 stycznia 2027 r. polskie prawo rozwodowe wejdzie w zupełnie nowy etap. I wtedy dopiero okaże się, czy będzie to rozsądne uproszczenie, czy początek dalszego osłabiania trwałości małżeństwa

{ 0 komentarze… dodaj teraz swój }

Dodaj komentarz

Poprzedni wpis:

Następny wpis: